środa, 12 marca 2014

wycieczka

6.03. i Lemon Tree
Chciałam zobaczyć morze zimą, pokryte śniegiem. O tym, że zima w tym roku jest jaka jest, plany się nieco zmieniły. Jak nie morze, to góry! Co prawda nie te wysokie, w które jeżdżę na wakacje, ale te niższe. W planach były Izerskie, ale stanęło na tym, że jedziemy do Karpacza. Na Śnieżkę miałam ochotę wejść od dłuższego czasu, więc... stało się! Lubię być w trasie, lubię podróżować, im dalej tym lepiej, a gdy zbliża się cel podróży to wydłużam sobie ten czas w głowie jak to tylko możliwe. Wydawało mi się, że Karpacz jest hen daleko, stąd pomysł, by wyjechać o 4:00 i być na miejscu z samego rana. W końcowym efekcie wyjechaliśmy chwilę po 5:00, na miejscu byliśmy po 7:00. Zaczęło się. Przywitała nas mgła, wmawiałam sobie, że niebawem ona zniknie, że będzie cokolwiek widać, ale nie, nic z tych rzeczy. Poczekaliśmy do 9:00; P. naciskał, żeby kupić bilet i ruszyliśmy. Po kilkunastu metrach, gdy tylko widziałam najmniejsze oznaki zimy (płaty śniegu gdzieś ukryte między drzewami) szybko wyciągałam aparat i robiłam zdjęcia. Można się śmiać, ale początek marca i śnieg, który widziałam pierwszy raz (no drugi, ale było go zdecydowanie mniej i był dziwny) na oczy w tym roku robiło swoje. Temperatura była w okolicach zera, czasem spadała nieznacznie poniżej, wiatr umiarkowany. Kiedy pierwsza radość z widoku śniegu opadła, zrobiło się go coraz więcej. Strzecha Akademicka, Samotnia - chwilę krążyliśmy podejmując ważną decyzję o tym, czy iść dalej. Mgła nie opadła, widoczność mocno średnia. ALE! Wyszliśmy zza zakrętu i... w tym momencie było mi już wszystko jedno. To co zobaczyłam przed sobą. Pierwszy raz w życiu (tak!) zobaczyłam śnieg w górach. SZALEŃSTWO! Niesamowite uczucie, do tego to co widziałam przed sobą przypominało taką śnieżną pustynię, malutkie drzewka wystające gdzieś w oddali, po prawej wyłaniające się co jakiś czas góry, po lewej większe drzewka przykryte śniegiem i te fantastyczne 'sople' na gałązkach jakby w trójwymiarze. Widok OBŁĘDNY tym bardziej, że uwielbiam takie zjawiska. Równina pod Śnieżką i już zostało samo podejście na nasz cel. Łańcuchy oblodzone, trasa śliska. Śnieżka zdobyta! Weszliśmy do środka i zrobiło się ciemno. Po chwili, gdy już piliśmy herbatę zobaczyłam, że jest zdecydowanie jaśniej, toteż zwróciłam się do brata: Popatrz, światło nam zapalili. P. odpowiedział: P. nie zapalili. Tu nie ma żadnej lampy zaświeconej. Rozejrzałam się i faktycznie, jedyne światło jakie wpadało to to przez dach. Zejście ze Śnieżki zapowiadało się bardzo ciekawie. I było! Chwytałam się dwóch różnych łańcuchów myśląc, że utrzymam w ten sposób równowagę, cała ja. Kończąc:
- jadąc przez Świdnicę, Wałbrzych i mniejsze miejscowości miało się wrażenie jakby czas stał w miejscu, wszystko w zwolnionym tempie, szarość dnia, przytłaczający widok, ale pola, ziemia, zapierające dech w piersiach;
- śpiewanie samogłoskami, gdy tekstu się nie zna; do tego niezapomniana Jolka Jolka pamiętasz czy Adam i Ewa;
- byłam pingwinem, kaczką i pajączkiem (takim jak się grało na gimnastyce);
- najlepsze są kanapki jedzone w podróży, wyborne;
- góry to jednak góry.

mario basanov & vidis - i'll be gone (feat. jazzu)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz