Tuż po śniadaniu, czyli bardzo z rana Ł. miał po nas przyjechać. Mieliśmy razem wyruszyć w podróż; w podróż do Twardogóry. Przyjechał. Mama wraz z P. szybko wsiedli do auta, a ja nie wiedząc do końca, którym konkretnie autem przyjechał wyszłam z domu w przekonaniu, że przyjechał swoim - czerwonym. Udałam się w kierunku pewnego białego pojazdu idąc wzdłuż bloku i lądując prawie że na rogu ulicy. To nic, że uśmiechałam się do ludzi siedzących w tej białej maszynie, praktycznie że podbiegając. Zaskoczyło mnie jedynie to, że gdy byłam w odległości dwóch metrów od nich, samochód odpalił i odjechał. Zdałam sobie sprawę, że Ł. nie przyjechał ani czerwonym autem (którego w gruncie rzeczy już nie ma od dłuższego czasu, ma natomiast srebrny) ani tym bardziej białym (nie wiem dlaczego kierowałam się w stronę właśnie tego auta ...). Został jedyny i słuszny telefon, musiałam poznać prawdę. - Gdzie jesteście? - A Ty gdzie jesteś? - zapytała mama. - Stoję na ulicy i Was nie widzę. - Stoimy naprzeciwko bloku. Granatowa Vectra. I teraz uwaga, samochód stał tuż przy opuszczeniu bezpiecznej strefy wewnętrznej, stał na wylocie. Jak mogłam go nie zauważyć? Dlaczego poszukiwałam czerwonego pojazdu a chciałam wsiąść do białego? To pytania, na które odpowiedzi niestety nie poznam, Ty też zresztą. Dowiedziałam się, że marki poznaję po kolorze samochodu!
Wnętrze Vectry jak i wygląd zewnętrzny, typowo gangsterski. Środek rewelacja, mnóstwo miejsca. Lubię jeździć. Na trasach poza miastem dość często mylony z policjantami w cywilu, którzy preferują co prawda czarne Vectry (które na mnie robią piorunujące wrażenie, to jak się prezentują, rewelacja), ale wyprzedzać się boją, skradają się tuż obok. Gdy jednak pierwszy ruch zrobimy my - zaczniemy wyprzedzać, miny w późniejszym czasie wyprzedzających nas kierowców są bezcenne.
Pogoda nie powalała z nóg. Zapowiadał się raczej pochmurny i bardziej jednak deszczowy niż biały dzień. Zaskoczenie, gdy koło południa zaczęło sypać, sypać bez końca. Wiadomo co się wtedy ze mną działo. Zaniechałam oglądania (uciekłam tuż przed rozpoczęciem) Familiady (odcinek specjalny) i wyruszyłam na Polną. Polna to obowiązkowa pozycja przy dość rzadkich w ciągu roku wizytach. Na wakacjach jest odwiedzana niemal codziennie z uwagi na rower. Tyle śniegu. Krajobraz powalający. Na polu śniegu po kolana. Cholera, czekałam na taki dzień kilka miesięcy. Byłam w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Brakuje mi ferii spędzanych u dziadków, ale tych białych ferii z minusowymi temperaturami. Zrobiłyśmy zdj, nagrałyśmy filmy i przede wszystkim zrobiłyśmy coś szalonego. Przeszłyśmy przez środek pola! Było ciężko, haha. Orzełek (aniołek) - operacja wykonana. We Wrocławiu też biało, ale wiadomo jak to w mieście. Przez całą noc prószyło. Wstaję tuż przed 7:00 wyglądam a tam krzaczki przykryte grubą warstwą śniegu. Wiem, że ten biały stan nie utrzyma się zbyt długo, jest za ciepło, ale dzień od samego patrzenia weselszy się robi. Dowód na to, że Wrocław nie jest aż takim smutnym miastem pod względem śniegowym!
Wsłuchaj się w siebie.
the flashbulbs - undiscovered colors
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz